Podróż za wiele uśmiechów….. przez łzy, okraszone słowem „Kurwa”

 

W związku z tym, że ja wciąż w niedoczasie i planowanie nie jest moją najmocniejsza stroną, powstała lista:

  1. Plan – wyjazd do Wrocławia – droga prosta, granice naszego pięknego kraju, więc się nie zgubię, jedna przyświecająca myśl – nie można tego spierdolić….no nie da się
  2. Bilety na samolot – kupione w obie strony (latam tylko po pijaku, więc dzieci będą miały ubaw)
  3. Bilety na skm, żeby do Modlina się dotelepać – kupione (banał)
  4. Rezerwacja hotelu – coś znajdę (przecież tam tyle hoteli)
  5. Zapisać dziecko do gimnazjum – mam jeszcze czas (obowiązujące terminy znam i mam w małym palcu)

Spisanie tego, to była najłatwiejsza część :-).

Wszystko zaczęło się od poszukiwań hotelu. Banał okazało się koszmarem w dwóch aktach. Nie mogłam nic znaleźć, więc zarezerwowałam miejsca w Ibisie (nazwijmy go A), ale wyszło drogo.

Poprosiłam kolegę w pracy, żeby pomógł coś taniej (znał uroczą Panią z sieci Ibis, która docelowo stała się moim wrocławskim przekleństwem) i podrzucił namiary na hotel A.

Pani urocza, chętna i pomocna. Wypisałam czego potrzebuje, a ona to załatwiła w mig, i to po preferencyjnych cenach. Zarezerwowała nam pokoje w hotelu . Szczęściara ze mnie…tak myślałam. :-)

 

Na dzień przed wyjazdem zadzwoniłam do gimnazjum, żeby dowiedzieć się o testy sprawnościowe córki, bo szkoła propaguje uprawianie sportu.

Pani ze stoickim sposobem poinformowała:

- Jaki test sprawnościowy?!!!! Przecież my już zamknęliśmy rekrutację. Systemy są nieczynne i nie możemy przyjąć Pani córki.

- Wydusiłam z siebie tylko – KURWA MAĆ, ale jak to?!! (nie zrobiłam chyba najlepszego wrażenia)

- No tak, dostaliście Państwo rozpiskę. Rekrutacja była do wczoraj.

-uuuuuuuu!

Ciśnienie 600 i pędem do szkoły. Pomyślałam, że jak Pani mi spojrzy w te oczy okraszone wiecznym obłędem, to się zlituje i coś wymyśli.

Z pożyczoną od koleżanki walizką na wyjazd, taxówką, poganiając Pana jak konia zajechałam na 15:00 i stojąc pod sekretariatem wyłam jak dziewica, której przepadła szansa  sexu życia z całkiem miłym kolegą z klasy, który jakby co pomoże zająć się nieplanowaną ciążą.

Pani się wczytała w dokumenty i zapytała niewzruszona:

- Pani sama wychowuje troje dzieci?

- TAK, i jest mi ciężko i pracować muszę i mąż gnojem się okazał i mieszkanie remontuje, ale pies i tak zniszczy, a córka to nawet tę siatkówkę lubi i ma dużo medali (chaos wypowiedzi działał na moją korzyść)…błagam. Wyje nadal

- Proszę się nie martwić, my kobiety musimy się wspierać, a jak Pani na męża chuja trafiła (cytat dosłowny), to tym bardziej pomogę. Proszę w poniedziałek z córką na testy przyjechać.

Uśmiechnęłam się, bo wizja nie pójścia do więzienia za nieposłanie dziecka do szkoły jakoś się wygładziła, obiecałam, że będziemy i usmarkana wróciłam do domu się pakować.

JAK KURWA W PONIEDZIAŁEK JAK MY WE WROCŁAWIU BĘDZIEMY!!!!!!

O cholera, trzeba wrócić wcześniej, bilety na samolot przepadają, to może pociąg wykombinuje. Fuck. Musze kupić nowe bilety.

Dzień wyjazdu:

Wszystko zaplanowane, walizki zapakowane, w teczce dokumenty, my w km-ce. Teraz już będzie tylko dobrze.

Usiadłyśmy i przypomniało mi się, że trzeba skasować bilety. Chodzę po całym przedziale i nic.

Jakaś posrana ta kolejka – po co ja te bilety kupiłam. Siedzimy dalej, planując co zobaczymy i gdzie będziemy. Sielanka.

W pewnym momencie przychodzi Pani konduktor:

- Bileciki do kontroli

Ja na nią jak na głupią…

- Proszę, ale nie są skasowane, bo tu nie ma gdzie

Ona na mnie jak na głupią do kwadratu

- Tu się nie kasuje biletów. Kupuje się je w kasie na dworcu.

- Że jak?!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! (W kiosku Ruchu powiedzieli mi, że 90-min do Modlina wystarczy)

Dostałam mandat. Może być gorzej? Niestety tak

 Doleciałyśmy do Wrocławia ( ja na lekkiej bani)

- Poprosimy taxówką do hotelu A

Okazało się, że to na końcu miasta.

Zajechałyśmy i pytamy o rezerwację. Pani szuka w systemie

- Panie nie macie rezerwacji

- No jak nie mamy, przecież taka miła Pani nam załatwiła?

-Owszem, ale w hotelu B

No jak w B, jak prosiłam o A – co za pipa. No nic. Zmęczone, nieco głodne, zamówiłyśmy taxówkę do hotelu B – niech im będzie. To drugi koniec miasta, ale chuj. 90 zł, jak psu w dupę

 

W hotelu B

- Dzień dobry, mamy u Państw rezerwację

- Hmmmmm, już szukam. Tak, ale dopiero od jutra

- Jak od jutra, przecież…….. (znowu ta sama gadka o miłej Pani)

-Ale my nie mamy wolnych miejsc od dziś

Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa i za telefon do tej miłej Pani, że jest taka i taka sprawa, ale dowiedziałam się, że musimy sobie jakoś poradzić same, bo ona to nic nie może.

Dobrze, że byłam na lekkiej bani, bo już widziałam moje ręce zaciśnięte na szyi recepcjonistki, której oczy wychodzą z orbit i zatrzymują się na tych doklejanych rzęsach. Swoją drogą, myślałam, że właśnie przez ten wybryk, nie widzi tych rezerwacji .

W ostatniej chwili zaproponowała, ze pomoże nam coś znaleźć, bo rezerwacja w hotelu A, który był droższy już przepadła

Trwało to 2 godziny i usłyszałyśmy :

- Udało mi się Panią pomóc. Proszę wyjść, skręcić w lewo, potem dwa razy w prawo i iść na przystanek cały czas prosto. Potem jechać tramwajem 17 w kierunku centrum, wysiąść  tam i tam i trzecia na lewo, to będą apartamenty, doba 220 za noc. To wszystko z mojej strony. Na koniec z uśmiechem dodała.

- Zapraszamy do nas jutro i proszę pamiętać, że rezerwacja wygasa

Czułam jak dym leci mi uszami. Wypaliłam chyba z 6 fajek i wiedziałam, że jak usłyszę od moich współtowarzyszy niedoli – „głodni, jeść, pić, siku, mamo długo jeszcze?, co to za dupna wycieczka, już nigdzie więcej nie jadę, ale to załatwiłaś, czy my jesteśmy bezdomni?”, to komuś zajebie, pomimo przepracowanych na szkoleniu emocji .

Jak debile w tym tramwaju z tymi walizkami, głodni, zmęczeni dotelepaliśmy się do Apartamentów.

Kolejna ładna i urocza Pani, z nienaganna fryzurą i dolepionymi rzęsami (chyba taka moda, nie wiem, nie znam się) uśmiechając się przywitała nas w progu:

- Witamy bardzooooooooooooooo serdecznie w Apartamentach jakiś tam, niestety Państwa rezerwacja jest od 16. Proszę zostawić walizki w schowku i wrócić o właściwej godzinie. Tu jest tylko centrala, a sam apartament, będzie trzy ulice dalej.

Kto ich kurwa uczył tego opanowania, kiedy innym świat się wali na obcej jakby nie było ziemi.

Znienawidziłam w jednej chwili systemy rezerwacyjne, Modlin, pomysły na wycieczkę, Wrocław, perspektywę spania w tramwaju 17 i walizki – po co kurwa nam tyle rzeczy ( w sumie jak trzeba coś będzie sprzedać, żeby mieć się gdzie przekimać, to się przydadzą)

Tę noc po godz. 16: spędziłyśmy w apartamencie i na drugi dzień trzeba było się wyprowadzić do hotelu B.

Postanowiłyśmy jednak zostawić walizki  ponownie w schowku na centrali  i jechać do Zoo, skoro już byłyśmy w centrum, a do hotelu B zawitać wieczorem.

Wszystko byłoby ok., gdyby nie to, że w czasie wycieczki, nie mogłam dodzwonić się do Ibisa, żeby powiedzieć, ze będziemy trochę później i żeby zatrzymali nam rezerwację.

Nikt nie odbierał, a perspektywa bezdomności znów zaczęła nam przyświecać  J

Po trzech godzinach wykręcania nr odezwała się urocza Pani

- Tak słucham?

- jakie kurwa słucham?!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!, od trzech godzin próbuje się do Was dodzwonić

- Wie Pani jak jest, przecież nie mogę robić wszystkiego

Miałam ochotę ją zagryźć

Tej nocy w hotelu B, do którego dojechałyśmy z walizkami tramwajem 17 otworzyłam lubelską i się upiłam.

Wróciłam do Warszaw z poczuciem, że trzydniową wycieczkę można jednak spierdolić  koncertowo, a Bareja by nie pogardził takim scenariuszem na komedię sytuacyjną.

Dziś jeśli ktoś mnie zapyta o Wrocław, to będę pamiętała: nr 17, ciągłe bieganie z walizkami po całym mieście, przepłacenie za taxówkę, konieczność zapłacenia mandatu i posmaki  lubelskiej w ustach…… a wszystko przez próbę załatwienia sobie czegoś extra i po niższej cenie. Słabe

Poza tym Wrocław to bardzo ładne miasto. Kiedyś zwiedzę je na trzeźwo i z daleka od hoteli A i B

Kolej na Toruń…nie wiem tylko czy Kopernik i tamtejsze hotele są gotowe na naszą wizytę (oby alfabet kończył się na A i B)

 

Zaspanie o czasie

Jak jest najgorsza myśl po przebudzeniu, poza tą, czy jestem trzeźwa, u siebie i czy obok chrapie pies, czy raczej ktoś z dwoma nogami?…niestety bardziej prozaiczna -  „O kurwa mać, zaspałam”.

Każdy poranek podszyty taką nerwówką wygląda trochę jak lądowanie w Normandii. Mogą przetrwać i zdążyć jedynie Ci, którzy:

  1. Nie umyją się
  2. Założą cokolwiek – ja pojechałam kiedyś w dresach i poza darciem ze mnie łacha przez cały dzień, nawet mi było wygodnie
  3. Skażą psa na sikanie w domu gdziekolwiek mu się spodoba. To akurat nie jest problem, bo i tak to robi
  4. Dzieci dla odmiany wyślą wygłodniałe do placówki ogólnorozwojowej – mówi się trudno
  5. Są i lizusy, które, wychodzą z tej sytuacji obronną ręką i jeszcze są przed czasem

Ambitnie podjęłam wyzwanie i zagęszczając ruchy, wybrałam opcje nr 5

Włosy

Nie rozumiem tego mechanizmu, który odtwarzam każdego poranka. Zazwyczaj kiedy wstaje, wyglądam jakbym całą noc pod wiatr szła. Popieprzone te włosy na głowie, każdy w inną stronę, jak u konia wyścigowego na ostatniej prostej. Z jakiegoś powodu co rano je myje, odżywki, suszarki i takie tam duperele, tylko po to, żeby znowu sterczały jakby każdy od innego dawcy był i niczym się od tych łóżkowych nie różnią.

Makijaż

Bez niego nie ruszam się z domu, bo w moim wieku, wyglądałabym jak ze związku kazirodczego. Na tym etapie przygotowań, znowu dopada mnie brak zrozumienia. Po jaką cholerę do łazienki lustro powiększające kupiłam? Musi takie być, bo nie jest możliwością powiększanie się w takim tempie, szczególnie na gębie…choć niestety nie tylko. Kiedyś wystarczyło trochę różu na policzki, lekko buraczany odcień nadawał smukłości i z daleka, to jak Cie mogę. Teraz potrzebuje przynajmniej dodatkowej godziny, żeby nie odpowiadać w „fabryce” na pytania o kolejną zarwaną noc w oparach alko i rytmach disco. Nie mam aż tyle czasu, więc co się umazało, to zostało i na te swoje 40 lat wyglądam..no może z hakiem…dziś raczej sporym

Ubranie

Miałam wizje, która mi nie wyschła. Wsadziłam więc do pralki, ustawiając na burżuazyjny program suszenia i czekam 40 minut

Dzieci

Budzę co rano, ale które wstanie, to nigdy nie wiem. Z lekkim wulgaryzmem, niesłyszalnym dla małych uszu, wparowałam i czynie honory – „Do jasnej anielki, wstawać, bo zaspaliśmy! Każdego dnia siedzicie w tych telefonach, klikacie, a zwykłego budzika nikomu się nie chce do życia powołać!! Boże, daj mi cierpliwość, bo za chwile trzeba mnie będzie ubezwłasnowolnić!!” Gdybym ja rano usłyszała taką litanię, to lekki wulgaryzm zamieniłby się w  „Kurwę mać (na pewno), czy w tym domu nie można mordy drzeć nieco ciszej?”

Kanapki

Jak na taśmie u Henrego Forda powstają – kroimy, smarujemy, nakładamy, zawijamy. Zdarza mi się nie kojarzyć, kto jaką bułkę dostał, dlaczego z sałatą, skoro nie lubi, po co szynka ma skórę, skoro prosili, żeby nie miała, ile razy o tym soku mówić, co go nie lubią, a ja wciąż kupuje i takie tam – kanapka, to kanpka i po co się czepiać

Rzuciłam jeszcze okiem na mikrofalówkę wielkości telewizora Grundig, co ją po byłym mężu odziedziczyłam i nawet ona chodzi dziś jak popieprzona wskazując wymyślony czas

  • Włosy – potargane, jakbym dopiero co wstała, czyli dobrze, choć nie najlepiej
  • Tapeta – dramat. Jakbym się z Burleski wyrwała. lepiej nie będzie
  • Dzieci – wstały. 2 z 3, to całkiem dobry wynik
  • Kanapki – popieprzone, ale w folii i tak nie widać. Dostanie mi się po powrocie z pracy

Jeszcze tylko kundel i jestem gotowa.

W tym całym zamieszaniu zaczął dzwonić telefon, więc ja znowu swoim czepialskim głosem na dziecko napadłam:

Ja: Róża wyłącz proszę swój telefon, bo to trochę już za późno na pobudkę

Róża: Mamo, ale to nie mój

Ja: No to czyj?!!!

Róża: Chyba Twój

Ja: Mój budzik?! To niemożliwe, przecież jest ustawiony na 6:15, a zaspałam 15 minut, więc już przekroczyliśmy z pewnością 7:45.Nie byłam orłem z matmy, ale wiem o której wstaje i ile to trwa.

Róża: Nie mamo, jest dopiero 6:15, więc dopiero powinnaś wstawać

Lekki wulgaryzm pod nosem – KURWA, KURWA, KURWA..mikrofalówka jest dobra, tylko ja popieprzona, a ubranie z suszarki, okazało się praniem wstępnym i zamiast suchego, jeszcze bardziej mokre wyjęłam.

Godzina na kanapie patrząc się  sufit, w towarzystwie zaspanych dzieci, debilnej fryzury, mejkapu jak z NieVouga i w mokrych ubraniach.

Jak się chce, to wszystko można – nawet się nie spóźnić do pracy, wstając bezwiednie godzinę za wcześniej

Po sąsiedzku

Jak to mówią mądrzy ludzie „z sąsiadami należy żyć dobrze”. Może i to dobrze, ale co jeśli jednemu z sąsiadów jest za dobrze, i to „dobrze” staje się sąsiedzkim tematem, z wydźwiękiem „nie najlepiej”?

Staram się unikać plotek, co nie jest trudne w tym 10-cio piętrowym, bródnowskim molochu z wielkiej płyty, zrośniętym z kolejnymi molochami i tak bez końca. Jakby się bały od siebie odsunąć i poprzewracać ze starości. Nie ratuje nas nawet to, że to setny blok, na tej jakże wyjątkowej dzielni. Poza tablicą pamiątkową jest tasiemcem jakich wiele. Prędzej człowiek się tu zgubi niż rozpozna sąsiada.

Klimaty się różne – trochę jak na Alternatywy 4, choć gdyby dawali z przydziału, pewnie biliby się już nieliczni. Zauważyłam lekką przewagę rodzin a’la Balcerek, tylko udomowionych gołębi brak. Kilka nauczycielek, dentystka, przedszkolanka, policjant, choć już nie żyje, tabuny dzieci i drugie tyle psów.
Taką całkiem niemałą komunę sobie tworzymy w imię dobrze pojętej wspólnoty sąsiedzkiej. Do tego stopnia szanujemy swoją własność, że jak się włamali do piwnicy, to zamiast ukraść, to kilka gratów mi wręcz podarowali.

Żeby nikogo nie zabrakło, gospodyni też jest – czyści, poleruje, a od czasu do czasu coś zasłyszy, zobaczy, przyuważy i nie omieszka się podzielić z innymi. Dostąpiłam zaszczytu bycia w kręgach zaufanych, kiedy to kolejna wiadomość gruchnęła jak grom z jasnego nieba:

Gospodyni - Pani wie, że ten z 6 się od żony wyniósł i znów z rodzicami mieszka? zaraz…czy on z 6, czy….. chyba jednak z 7. Tak na pewno z 7. W każdym razie ten co nad Panią (ja na 5, żeby była jasność)

Ja – Dzień Dobry, przepraszam, ale się śpieszę do pracy

G – Pani kochaniutka, Pani zaczeka, bo temat ważny, a Pani dwie córki ma…czy dwóch synów?

Ja – córki (odpowiadając półsłówkami już na chama z brakiem zainteresowania wychodzę)

G – no, no, no. Pani, on to się MASTURBUJE na klatce, bo kobity nie ma!

Ja – (oczywiście się mocno ożywiłam, zapominając o punktualności w pracy…całkiem). Widziała go Pani, jak on bez tych gaci, na te balustrady….?!! Wybałuszyłam gały, a wyobraźnie poniosła mnie …..prawie na 10 piętro

G – Nie, ale może Pani by się na niego zasadziła, bo Pani blisko ma

Ja – czemu nie……tylko tak pomyślałam :-)…..wie Pani ja raczej windą, ale gdybym przez przypadek, to oczywiście się przyjrzę  :-)

G – Pani, jak ja dzisiaj zobaczyłam te szczebelki, jak to się wszystko ślizga, klei, jak mi ta ścierka lata (bardzo obrazowy opis, przyznać muszę). Ja jestem już w tym wieku, że umiem odróżnić spermę od oranżady. Nachlapał nawet na parapet!!

Ja – nadal w myślach……..chłopina musiał się długo męczyć, skoro obkleił całe półpiętro. 

G – to dewint (pisownia oryginalna) jeden. Normalny chłop, jak baby nie ma, to do łazienki idzie

Ja – a skąd Pani wie, że to on?

G – bo nikt inny mi do głowy nie przychodzi

Ty sposobem, mam „nad sobą” dewinta, który chyba nim nie jest, który zostawia swój materiał genetyczny gdzie popadnie, choć nie wiadomo czy oby na pewno, bo gdzie mieszka, też nie udało się Pani gospodyni ustalić.

Plotka żyje swoim życiem, chłopak został okrzyknięty zboczeńcem i stał się jedynym, sąsiadem, którego jestem w stanie nawet z bardzo daleka rozpoznać :-). Pozostaje mi się uśmiechnąć i czekać, że może kiedyś go „przyłapie”, a o ulżeniu chłopakowi nie wspomnę  :-).

Uważajcie na sąsiadów :-)

Niewychowany pies

   O czym marzy skromna, lekko puszysta kobieta w średnim wieku, z nieco nijaką fryzurą, w dresach stojąc i butach, ale już bez skarpetek, w ciemnej, opustoszałej, osiedlowej uliczce na warszawskim Bródnie, bez jakichkolwiek szans na choćby przypadkową znajomość z księciem na białym koniu…..albo w adidasach, moknąc bezlitośnie w strugach jeszcze zimnego o tej porze roku deszczu, który pada po cholerę, ściskając w ręku smycz, na której jej całkowite przeciwieństwo w postaci wychudłego, szybkiego ponoć charta z widocznymi żebrami, przechadza się tym razem powoli po płytach chodnikowych owej uliczki…. czasami trawniku, nie myśląc o tym, że 176 cm nad ziemią dzieje się zniechęcenie do tego spaceru?

Ano o tym, żeby ten debil w końcu zrozumiał, że gówna się wydala, a nie zjada. Tak jak ruch w tym kraju nie jest lewostronny, wskazówki zegara nie chodzą odwrotnie, tak przód nie może zastąpić tyłu.
Odczuwam porażkę wychowawczą i zmarzłam. A mogłam mieć kota. FUCK!

Jeśli autobusem, to tylko z Głębockiej

      Co to jest „pech”? Pech jest wtedy, kiedy na dworze termometry wskazują 40, a klima w twoim samochodzie ma to w dupie i nie działa. Pomyślałam, że jak wymaca ją specjalista, to będę mogła moja Merivą nawet na koniec świata w tym upale pojechać. Jak pomyślałam, tak zrobiłam i rzęch trafił do serwisu na Głębocką w całkiem nieznane mi rewiry.

Wszystko było ładnie jak jechałam..jeszcze samochodem, ale powrót do domu okazał się niczym z kabaretu. Głębocka – piękna ulica. Na prawo od niej ulica jesiennych liści, zimowych zasp, letnich promieni i wiosennych opadów – pierwsza myśl – nie wiem kurwa, w której porze roku jestem, ale zauważyłam przystanek autobusowy. 123 – który doradził mi znajomy – z tego przystanku nie jeździ

E-7 – w tych godzinach nie jeździ wcale wg rozkładu, choć Głębocką zasuwa średnio co 10 minut – wiem, bo widzę

52 coś – jedzie w moim kierunku i to za 10 min. Jedna ławeczka, trochę słońca, czekam. Głodna, zmęczona, bo to już 19:00 była, z lekka zagubiona, ale czekam.

Punktualnie podjechał, kierowca się uśmiechnął, ja się podniosłam, krok do przodu i? …..autobus pojechał dalej nie zatrzymując się na przystanku. O rzesz ty franco w ząbek czesany!! Ty chamie!, ty….. – taka myśl mi zakiełkowała jako pierwsza, bo najłatwiej kogoś opieprzyć. Kolejna myśl, może coś ja źle spojrzałam (choć to niemożliwe). Jednak, tak. Przystanek był na żądanie, ja nie zamachałam, on się nie zatrzymał. Głąb ze mnie i zostałam na tych liściach jak psie gówno.

Kombinuje dalej – jak nic nie jeździ, to co miało jeździć uciekło, to może na kolejnym przystanku będzie więcej transportu. Nie wykalkulowałam , że to może być daleko. Było niestety. Idąc, na kolejnym setnym już chyba metrze poczułam jak gacie mi się przylepiają do dupy, tusz spływa do brody, a torba przewieszona przez ramię wrzyna w cycki tak, że zrobiły mi się cztery. Tęskniłam za moim nagrzanym samochodem….bardzo.

Na kolejnym przystanku autobusów od cholery…pasował mi jeden i czekała mnie przesiadka. Przyjechał punktualnie, ale jakiś złom bez klimy jak mój samochów, a w nim nastolatki (rocznik 1990 -93, tak na oko), pogryzione przez komary i z tak werżniętymi szortami, że okrężnica wołała – a kuku. No i się zaczęło – selfie z kasownikiem, z fotelem, selfie z selfie, z biletem. Zagryzłam zęby, bo do domu mi się chciało. Jeszcze przystanek, dwa i przesiadka.

Wysiadłam przy szpitalu bródnowskim i oczami wyobraźni już popijałam zimna cole w domu. Nic bardziej mylnego. Na przystanku cień był tylko w okolicach ławeczki na której spał jakiś bezdomny, opalony jak David Hasselhoff, z 10 reklamówkami i jakimś wózkiem marki Chicco – gustowny. Miał najlepsza miejscówkę w obrębie całej ulicy. Pachniał stosownie do temperatury, więc się oddaliłam. Za daleko niestety, bo w tym czasie oddalania autobus na który czekałam właśnie mi uciekł.

Do domu dojechałam wypluta, spocona, zmęczona i zła. Po wejściu okazało się, że mój syn zaprosił kolegów. Wszyscy głodni i krzyczący – zrób spaghetti. Machnęłam ręką i zrobiłam. Szkoda, że nie umiał tego jak stałam na przystanku koło warsztatu :-)

Zgubione……znalezione

Zdarza Wam się coś tak dobrze schować w domu, ze przy poszukiwaniach zastanawiacie się, czy aby na pewno schowaliście to u siebie? -poranków po imprezie nie uwzględniamy, bo wtedy jest nam wszystko jedno co gdzie leży i czy jesteśmy u siebie :-)

Rzeczy schowane maja różny status-schowane celowo przed dziećmi, żeby w szkole nie rozpowiadały, ze mamy przyjaciel jest z gumy, przed mężem.

Mi zdarzyło ugotować nowy sweter mojego byłego męża i jedyne co mi przyszło do głowy, to go wyrzucić. Jak zapytał o niego, to jeszcze dostał opieprz, ze ma bałagan i skąd ja mam wiedzieć. Modliłam się tylko, żeby jakiś bezdomny nie paradował w nim pod blokiem.

Najlepsze są te, które wpadają za szafkę-potem się wyjmie, za bardzo bolą mnie plecy, żeby się schylać, może nie będzie potrzebne, odsunie się, to się wyjmie, przecież to chwila. Taka chwila może trwać latami. Tak znalazłam przy okazji remontu mój pierścionek z brylantem, który leżał chyba z 5 lat w kablach, ale w tym czasie dla odmiany zgubiłam różową marynarkę, płytę Jacksona i baby born mojej córki- jak się połapie, to mam przesrane. Na razie idę w zaparte, ze jest w kartonach i się udaje, ale to kwestia czasu, ze będzie dym.

Chowanie rzeczy jest chyba dziedziczne. Moja mama chciała się przysłużyć ciotce i pomoc jej naprawić zabytkowa tarcze do zegara. Tak schowała, ze szukaliśmy jej dwa lata, a ciotce w tym czasie się zmarło. Bywa. Pamiętam też, że kupiła mi żółte sandałki. Szukamy ich od zeszłego sezonu. Mam nadzieje, ze w przyszłym roku się uda i żółty nadal będzie modny.

Macie coś, co schowaliście, zapomnieliście, szukacie?

Paznokcie tylko pomalowane

Malowanie paznokci- wydawałoby się, ze temat prosty-skarpeciochy w kąt, wybór koloru i jedziemy, żeby się następnego dnia zgrabnie wcisnąć w letnie sandałki:-).

Nic bardziej mylnego. Lakiery w lodówce z jakiegoś powodu skamieniały na amen, a między wędliną a cytryna nie można znaleźć „tego”koloru. Jak już znalazłam i zaczęłam się gimnastykować, żeby dosięgnąć do stóp, to zrobiły mi się trzy fałdy na brzuchu, pomalowałam palce i spodnie od dresu, które mam drugi raz na dupie.

Straty są, ale jakoś poszło. Teraz ręce. Jeszcze gorzej. Po pierwszej warstwie okazało się, ze kanał w tv jest do bani, więc dorwałam pilota i od razu rozmazałam dwa paznokcie, zachciało mi się pić, ale nie mogę odkręcić butelki i trzeba wyjąć pranie, które się właśnie skończyło. Najlepsze jest to, ze nic nie piłam i nie założę sandałek, bo jutro mam spotkanie i nie wypada :-) . Całe życie w niedoczasie

Urlop

Urlop”, „wolne”, „weekend” – brzmi pięknie. Każdy czeka, przebiera nogami, doczekać się nie może. Co je łączy – spokój, a różni?…..chyba tylko nazewnictwo. Niestety jak się ma troje dzieci, to ani „urlop” nie wychodzi przez duże „U”, ani tym bardziej w „wolnym” czy „weekendzie” ja nie znajduje dumnego, chilloutowego „W”.

Mój czas wolny zaczyna się i kończy na – „czy wy się kurwa uspokoicie”!!!? – a wersja oficjalna – „czy do cholery kiedyś w tej rodzinie będzie spokój?”. Nigdy nie ma – taki nasz urok :-)

Przytrafił nam się weekend na Podlasiu. Plan prosty – pakujemy się i jedziemy w piątek, odpoczywamy i wracamy w niedzielę.
Zanim jednak ruszymy dzieje się coś, co jedni nazywają pakowaniem, a u mnie jest to prawie jak walka o byt w stanie załamania nerwowego, które ma za chwilę nadejść, a pod ręką ani kropli alko.

Kacper – lat 14. Z jakiegoś powodu mówi do mnie „maminka”. Może to taka moda, bo na czeski, go nie zapisywałam, a może miało być „otyła jak matka muminka”. W każdym razie ja tego żargonu nie trybie

• – Kapcerku, zapakowałeś się?
• – Tak, mam wszystko w plecaku
• – Dlaczego wziąłeś tylko jedna bluzkę na dwa dni?
• – Bo nie mam więcej
• – Jak nie masz, przecież ci kupiłam 6 i leżą w szafie
• – Tych nie zabieram
• – Czemu nie
• – Bo mają napisane „żryj gówno i żyj”. Takie mi kupiłaś i teraz mogę je nosić tylko pod bluzę. Powinnaś znowu zacząć uczyć się języków

Co fakt, to fakt, ale przecież się nie przyznam :-) . Jakieś bohomazy niewyraźnie po angielsku napisane, nie przypatrzyłam się, a że sklep młodzieżowy, z bawełny porządnej i w promocji, to wzięłam w 6-ciu kolorach

• – Synku, a kolory Ci się podobają
• – Podobają
• – To pakuj do cholery te bluzki, nie dyskutuj, bo w życiu z tego domu nie wyjdziemy!!!!!!!

Jeden odfajkowany, teraz kolejne

Róża, lat 9. Jak coś do mnie mówi, to najczęściej jest to – doładuj mi telefon, idę po szkole do koleżanki. Może kiedyś rodzice której będą chcieli ją adoptować :-)

• – Mamo zabiorę 3 pary spodni
• – Po co Ci trzy na jeden dzień (sytuacja jakby odwrotna niż z synem)
• – Bo wszystkie mi się podobają
• – Wystarczy jedna
• – Ja chce trzy!
• – A ja chce gwiazdkę z nieba, wygrać w totka i całą masę innych rzeczy, których jest tak dużo, że musiałam je spisać. Jedne i to te które masz na tyłku.

Wzięła jedną parę i to był błąd – powinna wziąć trzy (oczywiście do tego też się nie przyznam), bo jak tylko ruszyliśmy samochodem usłyszałam

• – Mamo, pies mi się zsikał na jedyne spodnie, które pozwoliłaś mi zabrać i nie będę miała w czym chodzić.

O wielki FUCK!!!

Dzieci jak wspomniałam jest troje, więc jedziemy dalej.

Tola, lat 11 – ulubiony tekst zapożyczony od brata – robię bo mogę, nie robię bo mogę, olewam bo mogę, mam to gdzieś bo mogę, nie pójdę bo mogę i wszystko – bo mogę. W głowie pewnie nie raz powtarzała – mam cie w dupie, bo po cichu mogę. Czy to się nazywa dojrzewaniem?!

• – Mamo niedobrze mi w tym samochodzie
• – A co się dzieje?
• – Boli mnie brzuch. Wzięłaś mi to lekarstwo na podróż?
• – Jakie lekarstwo?
• – Mówiłam Ci, żebyś kupiła!
• – Kiedy mi mówiłaś?
• – Zimą, jak jechaliśmy do Zakopca

I to było kurwa apogeum. Pomyślałam, pieprze weekendy na Podlasiu, chce się wystrzelić w kosmos!! Niech nic nie mówią, nie robią, nie poruszają się, bo eksploduje!!!

Jest jeszcze mój Borek i nim wyjechaliśmy poszło: Kochanie, wzięłaś jedzenie? O cholera, zostało w kuchni –no i musiałam się wracać. A suszarkę wzięłaś? –a co, tam nie ma? – dobrze, mogę się wrócić raz jeszcze. Na koniec, jak już wszystkie graty, pies, dzieci, stały pod blokiem przy samochodzie, usłyszałam – a gdzie my to zapakujemy? nie zrobiłaś miejsca w bagażniku?

K….a, k….a, k…a. Lekarz kazał mi rzucić palenie, bo podobno papierosy szkodzą. Nie mieszkał z moją rodziną.

Ulubionym powiedzeniem mojej mamy jest – „Wy to jesteście jacyś popierdzieleni”!
Z pełną odpowiedzialnością mówię, że jesteśmy na maxa i Wam też tego życzę, bo czymże byłoby życie bez odrobiny szaleństwa, kiedy normalność tak naprawdę nie istnieje, a z takich chwil kiedyś będziemy się śmiać. Musi jednak upłynąć trochę czasu, bo padam na pysk, po tym weekendzie, przez duże CWSKU*

*„czy wy się kurwa uspokoicie”!!!

Zanim o innych, to najpierw o sobie

Mała dygresja na temat – „najpierw o sobie zanim, komu innemu zrobimy koło pióra”.
Jak każda szanująca się matka polka po pracy biegnę:

a) Na aerobik – nie ma szans. W tych zwisających w kroku leginsach i wielkich lustrach wyglądam jakbym zabłądziła w czasoprzestrzeni i za każdym razem wydaje mi się, że one nienaturalnie powiększają. W domu jakoś lepiej to wygląda i po 17 nie jest czas na dodatkowe dołowanie się

b) Do galerii handlowej – żadna to galeria, a handel uprawiam na co dzień

c) Na solarium – czasami

d) Do męża – hahahahahahahahah  :lol: . Nie mam – szczęściara ze mnie  :-)

c) Do kosmetyczki – a kto to jest?

Żadna z tych. Jak każda szanująca się matka polka każdego dnia po pracy, jak ten wół, na oślep zasuwam do spożywczaka, bo za każdym razem czegoś brakuje.
I choćbym nie wiem ile znosiła, to zawsze skończy się picie, zabraknie chleba, wędlina jest, ale taka , której nikt nie lubi i nie wiadomo skąd się wzięła, ktoś ma ochotę na żółty ser, który skończył się dzień wcześniej, woda się zagazowała, a oni bez gazu wolą, albo zwyczajnie wzywa mnie wino „Varna”, bo dzień był ……delikatnie mówiąc „chujowy do kwadratu”.

Tym razem dostałam zadanie –kabanosy i sucha krakowska. Proste i oczywiste – wyzwanie podjęte.

Wpadam do sklepu, godzina 18:30, ludzi jakby wszyscy po te cholerne kabanosy. Przede mną ze cztery osoby – Pani z wąsami, Pani z dziećmi, Pan…całkiem, całkiem i przede mną taki, co walił jakby się zesrał.

O Jezusie!! – myślę sobie. Dam radę. Próbowałam skupić się na czymś innym – czy powinnam iść do fryzjera, kto tak dupnie pomalował ściany w sklepie, że chciałabym też kiedyś coś tak pokroić na tej krajalnicy – albo kogoś, kiedy ostatnio moje dziecko dostało 6 – to było dość dawno, więc nim skumałam, że to przed wakacjami, to dwie osoby zakupiły wymyślne pasztetowe i inne zwłoki.
Jeszcze Pan „całkiem, całkiem” , „smrodziasz” i ja. O Fuck, szybciej, szybciej, chyba umrę!!!

Dzierżąc w ręku zdobycz pobiegłam do kasy, ale te smród jakby się przykleił, jakby mnie ten „niepodmyty” śledził po sklepie, a potem do domu.
Po drodze zapaliłam, żeby zabić smród, ale dupa.

Wpadłam do domu i od drzwi z przejęciem opowiadam, jak facet chyba się zwalił w spodnie i że to lekcja dla nich, że myć się należy codziennie, żeby innym nie uprzykrzać życia, a jak zwiercze nie trzymają, to się wizyta u lekarza kłania, bo nie ma co lekceważyć
W tym momencie moje najmłodsze dziecko:
– mamo to chyba nie ten Pan
– kochanie, jak nie Pan?!! No mówisz jakbyś tam była.
– Mamo, to na pewno nie ten Pan
– A skąd ty to wiesz?
– Bo to ty weszłaś w gówno i dlatego tak śmierdzi

Tu nastała cisza, lekka konsternacja, spojrzałam na but – faktycznie – gówno jak malowane. Nie wiedziałam co powiedzieć i jak przystało na matkę polkę, wydusiłam z siebie:
– A jak ty się do cholery odzywasz!!!!!

Więc kochani, zanim my na innych, to może czasami najpierw na siebie?

Spotkanie

Tak się zdarzyło, że jutro muszę wyglądać dobrze (czytaj: w miarę elegancko), No i się zaczęło, bo przypomniałam sobie o tym o 22:00.

Szafy są trzy, więc sytuacja dodatkowo utrudniona + wczorajsze porządki w butach tego nie ułatwią. Za cholerę nie pamiętam, gdzie co pochowałam, a ci co mnie znają, wiedzą, że moje buty powinny mieć swoje oddzielne M.

Pierwsza myśl – NIE MAM SIĘ W CO KURWA UBRAĆ. Jestem statystyczną kobietą..no może częściej od innych porzucaną, więc poszłam w klasykę :lol:

Elegancko – znaczy „sukienka”
– zielona – zbyt obcisła. Sprawdzam nerwowo rozmiar – niby mój, ale z pewnością zaniżony. Dupa wyszła, brzuch też, nawet wielkie gacie nie pomogą. Odpada

- czerwona – weselna – odpada, bo mi widać kolana, które się robią zbyt podobne do tych, które widzę u mojego ojca.

- czarna – uuuu, nie jest źle – zepsuty suwak

- druga czerwona (gdzieś mam też i trzecią) – widać cycki….trochę za bardzo – cholera, tu jest dylemat.

Może lepiej spódnica. Czy ja mam spódnice? Miałam, były tu, leżały, może na drugiej półce. Wywaliłam swetry, spodnie, podkoszulki – wszystko na środek pokoju i…przypadkowo znalazłam białą.
Mówią, że ten kolor pogrubia, ale przy moich wymiarach – bez różnicy.

Całkiem, całkiem – poza burdelem w domu, mam już coś. Co prawda pewnie się jutro nie sprawdzi, bo pogoda ma być do dupy, ale zaszaleje.
Do spódnicy nie mam bluzki – jedna za długa, druga zbyt świecąca, niebieska zaciągnięta, kolorowa nie pasuje do pomarańczowych butów, które może założę.

Kiedyś kupiłam fajną czarną, tylko do jasnej dupy, gdzie ona może być.
Kolejny maraton po półkach i…..O w mordę!!!!! Mam znalazłam!!!! Marynarkę różową, którą zapodziałam dwa lata temu przy okazji remontu!!!! Moja maleńka….nawet pasuje – niestety do prania.

Biała spódnica, różowa marynarka, czarna bluzka – jeśli się znajdzie i pomarańczowe buty – w dupę, uciskają!
To może granatowe – nie pasują do bluzki
To może te nowe – nie rozchodzone
To może czarne, jak bluzka, której nie ma – może, ale muszę w nich pochodzić po domu…potrzebuje czasu. Nie wiem, czy zdążę do rana.

AAAAaaaaaaa

Jeszcze miałam taką tunikę, co by się nadawała, spodnie też mam…czemu nie. Jednak nie, są za długie!!!

Wracamy do punktu wyjścia – biała spódnica – do prasowania, czarna bluzka – jak się znajdzie, czarne szpilki – jak się rozchodzą, różowa marynarka – jak się upierze.

Jestem gotowa :-)

A nie – kolor lakieru na paznokciach nie pasuje do niczego. Do malowania.

Jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy mnie gdzieś zaprosić, to poproszę o info miesiąc wcześniej